|
Yolanta - Utwór interpretowany: I write sins, not tragedies. Spisuję grzechy, nie tragedie Ach, spróbuj to sobie wyobrazić... Ciemne, drewniane ławki ustawione w tłumnym, aczkolwiek chłodnym i surowym korowodzie, a w nich ludzie, z twarzami bez wyrazu. Staranie utkana cisza, zmącona niespodziewanie odgłosem kroków, jakżeż dokuczliwego stąpania po marmurowej posadzce. Cały korytarz, przystrojony białymi liliami, wypełniony pozorami wzniosłości i powagi, graniczącymi z zadęciem. Półmrok, niedający się rozproszyć promieniom słońca, przechodzącym przez witraże. Zaczyna cię mdlić od tej ciężkiej atmosfery? Państwo młodzi stoją przed ołtarzem. Przed ołtarzem czy raczej przed sądem?! Wybranka, delikatna i wzniosła w urokliwej sukni z tiulu i koronek, wypada na chwilę z kontekstu... Jej usta nucą bezgłośnie: „Już mi niosą suknię z welonem – w tym miejscu szlocha i przerywa – koń do taktu zamiata ogonem, Mendelsonem stukają kopyta...”. Parę łez toczy się po jej policzku. Goście komentują: „Co za wzruszenie!”; wzdychają z uwielbienia. Wtem chodzą ci, którzy sprawiają, iż ceremonia staje się bardziej dystyngowana. Wnoszą tort (po cóż ten nadmiar słodyczy?) oraz potrawy, doprawione szczyptą przesady. Nic nie możesz poradzić na to, że słyszysz taką wymianę zdań... „Ach, co to był za ślub – szepcze z nutą zachwytu i zazdrości w głosie, lecz ze wzrokiem wbitym w podłogę, druhna do kelnera – Ach, co to był za ślub...” Kelner gwałtownie jej przerywa. „O tak, tylko jaka szkoda, jaka ogromna szkoda, jaka ogromna szkoda, że panna młoda jest taką – wyraźnie akcentuje ostatnie słowo – dziwką.” Prycha z pogardą i śmieje się szyderczo. Pragnąłbyś im przerwać. W dodatku ten trzask – czy ci ludzie nigdy nie słyszeli o zamykaniu za sobą tych cholernych drzwi?! Ale nie – lepiej radzić sobie z takimi sprawami za pomocą rozumu i trującej równowagi... Wszystko zdaje się być tak obrzydliwie racjonalne... Och, kamerzysto, rozhuśtaj skupienie, spotęguj wrażenie... Nagle panna młoda nie wytrzymuje i zanosi się spazmatycznym łkaniem. Znienawidzony ukochany patrzy na nią z wściekłością: „Ach, widzisz to wyraźnie!... Nasz ślub – teoretycznie – nie jest zagrożony, formalnie prawie został zawarty... To się aż prosi o toast!” Z obłędem w oczach krzyczy na kelnerów: „Na co czekacie? Więc nalewajcie szampana, nalewajcie szampana!” Chciałbyś im przerwać. Czy ci ludzie nigdy nie słyszeli o zamykaniu za sobą tych cholernych drzwi?! Nie – oni wolą wracać do przeszłości, a teraźniejszość ujmować w złudzenia za pomocą rozwagi i racjonalizmu, bo czyż nie wygląda to o wiele lepiej? Jakie to się staje nieznośnie przewidywalne... I znowu... Pan młody woła: „Więc proszę, nie odchodź, kochanie”. „Muszę odejść...” – słychać jeszcze głuchą odpowiedź. Trzask drzwi. Kilka łez pada na ślubny kobierzec. Kopciuszek ucieka z własnego balu. Miałbyś ochotę im przerwać. Czy ci ludzie nigdy nie słyszeli o zamykaniu za sobą tych cholernych drzwi?! Nie, o wiele lepiej jest odwrócić twarz z poczuciem opanowania i rozsądku... Znoooowuuuu.... Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień... |