Recenzje koncertów


2007

4 październik 2007- Berlin
Napisane przez Tyneczkę.

4 października 2006 w Berlinie w Columbiahalle odbył się koncert Panic! At The Disco. Miałam to szczęście i byłam świadkiem tego fantastycznego koncertu. Dość długo musiałam czekać aż chłopcy wyjdą, ponieważ przed nimi grały dwa suporty : The Sounds i Pale. Musze przyznać, że publika ożywiła się przy suporcie The Sounds – wokalistka dała czadu. Potem było już tylko niecierpliwe czekanie na wyjście Panic! At The Disco. W powietrzu dało się wyczuć atmosferę radosnego oczekiwania. Równo o 22:00 pojawili się po kolei : Jon, Spencer, Brendon, Ryan i zaczęli od piosenki ‘Time to Dance’, następnie zagrali ‘London Beckoned Songs Abort Money Written By Machines’. Nie pamiętam kolejnych piosenek, bo porwał mnie tłum i żeby móc oddychać musiałam się wycofać kilka rzędów dalej. Miałam wrażenie, że niektórzy są tu, bo nie mają nic innego do roboty. Stali i wpatrywali się tępo w scenę. Jednak to były tylko wyjątki. Zagrali nawet cover Tonight, Tonight: Smashing Pumpkins. W trakcie koncertu Ryan rzucał takimi monetami z czekolady, a Brendon butelkami z wodą. Miałam zaszczyt złapać monetę rzuconą przez Ryana i zostać ochlapaną wodą Brendona. Po ‘ I write Sins not Tragedies’ zespól zszedł ze sceny, ale przecież tak to się skończyć nie mogło. Na bis zagrali ‘There’s a good reason these tables are numbered honey, sou just haven’t thougt of it yet’ i moją ulubioną piosenkę ‘Build God, then we’ll Talk’. Koncert zakończył Brendon rzucając hasło „We love you!” około 24:00. Po koncercie wiele osób kupowało koszulki i plakaty Panic! A ochroniarz ze sceny rzucał pałeczkami. Niestety nie złapałam żadnej.
To był mój pierwszy koncert i uważam, że był znakomity. Mam nadzieję, że w przyszłości będę miała jeszcze okazję zobaczyć ich występ na żywo.


21 sierpnia 2007- Paryż (Decaydance Fest)
Napisane przez Dagarode.

21 sierpnia 2007 roku koło godziny 18, przed Olympia Hall w Paryżu stał już dość duży tłum, niecierpliwie oczekujących fanów, którzy skandowali głośno nazwy swoich ulubionych zespołów. Decaydance Fest odbywał się tutaj po raz pierwszy, dlatego stał się wielkim wydarzeniem medialnym, byli dziennikarze z radia i telewizji, ale i tak wzrok wszystkich skierowany był w głąb wejścia do olbrzymiego korytarza. O 18:30, ochroniarze otrzymali polecenie by rozpocząć wpuszczanie wrzaskliwego tłumu. Wszyscy zaczęli nerwowo się przepychać, w końcu jednak szczęśliwie wpuszczono nas do wnętrza Olympii. Niektórzy kupowali koszulki z nazwami występujących zespołów, ja popędziłam jednak co sił do Sali, by zająć jak najlepsze miejsce. Okazało się, że udało mi się stanąć w ok. 10 rzędzie, co było niezłym wyczynem biorąc pod uwagę ilość ludzi, którzy przyszli na koncert. Niestety, czekała nas wszystkich godzina czekania, po której entuzjastycznie powitany, wystąpił zespół Cobra Starship. Grali jakieś 25 minut, po czym nastąpiła przerwa na zmianę sprzętu dla The Academy is… Ci, znacznie bardziej rozpoznawalni, bawili tłum ok. 50 minut i o godzinie 21:00 ponownie zapadła cisza. Tym razem przerwa była odrobinę krótsza i na scenę dumnie wkroczył Travis z Gym Class Heroes. Tłum na początku nie został porwany przez piosenki GCH, kiedy jednak ze sceny dało się usłyszeć słynne „tabadaba…”, wszyscy już śpiewali piosenkę „Cupid’s Chokehold”. Nie minął ułamek sekundy, kiedy na scenę wparował Patrick z Fall Out Boy i wszyscy oszaleli. Jednak wokalista FOB zniknął tak szybko, jak się pojawił, po czym Gym Class Heroes znów zaczęli szokować – Travis zszedł w publikę! Zrobiło się spore zamieszanie, bardzo wiele osób prawie dusiło się z gorąca, ponieważ publika oszalała. Kiedy Travis wyszedł, GCH zniknęło ze sceny i teraz już wszyscy wiedzieli, co nastąpi dalej… Zaczęliśmy krzyczeć „Panic! Panic!...” przy czym wiele osób, próbujących dostać się pod scenę, przepychało się do przodu. Dwójka chłopaków została siłą wyciągnięta z tłumu przez ochroniarzy i wyrzucono ich z koncertu. Ta przerwa była zdecydowanie najdłuższą w moim życiu. Po chwili zrobiło się ciemno, ale musiało minąć jeszcze dobre 5 minut zanim błękitne światło na nowo rozbłysło i na scenie pojawili się: Jon, Spencer, Brendon i Ryan. Wszyscy oszaleli. Tłum krzyczał imiona chłopaków, wiele dziewczyn układało swoje ręce na kształt serduszek, drąc się „I love you!”. Brendon szybko powitał nas, po czym rozległy się pierwsze takty „The only difference…” i wszyscy już śpiewali razem z Bdenem (albo raczej, krzyczeli razem z nim). Następnie ze sceny dało się usłyszeć „Time to dance”(podczas której Bden dawał publice krzyczeć „wedding”) , „London beckoned songs…” i „Camisado”. Później Bden zrobił krótką przerwę, mówiąc nam, że niestety nie zna francuskiego, ale jesteśmy wspaniali, „a teraz piosenka, która jest bardzo gorąca i erotyczna. To sam sex.” I oczywiście usłyszeliśmy „Lying is the most fun…” Po tym hicie, wokalista Panic! zapowiedział, że teraz zagrają nową piosenkę o tytule „Nine in the afternoon”. Większość z nas jeszcze jej nie znała, a dookoła dawało się słyszeć szepty (zapewne oceniające ten nowy singiel). Natychmiast po tym jak Bden skończył grać „Nine…” oraz „Intermission”, wstał od klawiszy i wszyscy usłyszeli bardzo znany początek „Now I’m consenting age…”. Tłum znów szalał przy piosence, którą wszyscy znali. Po „But it’s better...”, Panic! natychmiast zagrało „I write…” i wtedy nawet Ci, którzy na koncert przyszli dla innych zespołów, zaczęli tańczyć i śpiewać. Później, po raz kolejny Brendon zasiadł do klawiszy, mówiąc, że nie będzie teraz wykonywał swojej piosenki, ale cover. Był to oczywiście „The Weight” grupy The Band. Wprawdzie niewielu znało ten utwór, ale zgodnie zaczęliśmy machać rękoma w rytmie i nagrywać piosenkę na telefonach komórkowych. Po coverze, znów usłyszeliśmy znaną melodię. Tym razem było to „I constantly…”. Według mnie była to najlepsza piosenka tego wieczoru, Bden wykonał zwrotkę szeptem, kończąc to cudownym zejściem, po czym perkusja ruszyła (brawa dla Spencera) i rozległ się cudowny refren. Kiedy skończyli grać „I constantly…”, Bden zapowiedział kolejny nowy utwór, tym razem było to „In the middle of the summer”. Później Urie wstał i ponownie powtórzył, że jesteśmy niesamowitą publicznością i przedstawił swój zespół. Kiedy mówił o Ryan’ie, ten uśmiechnął się i przytulili się po przyjacielsku, na co publika zareagowała z olbrzymim entuzjazmem. Później Bden przeprosił jeszcze, że to będzie już ich ostatni utwór i ruszyli z „Build God…” Niesamowita mimika Urie, doprowadziła mnie do istnego szaleństwa. Zachowywał się prawie jak zawodowy aktor. W przerwie, kiedy to leci linia melodyczna, Ryan podziękował nam jeszcze i zapowiedział, że ma nadzieję, że już wkrótce się zobaczymy. Kiedy „Build God…” się skończyło, jak zwykle momentem, kiedy Bden uderza w klawisze, wszyscy krzyczeli i tak pożegnaliśmy Panic!, które zeszło ze sceny. Po krótkiej przerwie wystąpiło Fall Out Boy, choć przyznam szczerze, ku mojemu zdziwieniu otrzymali mniejsze brawa i mniejszy aplauz od Panic! Z mojego punktu widzenia to bardzo dobrze ;) Myślę, że to było niesamowite show przygotowane idealnie przez wszystkie występujące zespoły. Byłam bardzo zaskoczona jak bardzo poprawił się i umocnił głos Bdena, który śpiewał naprawdę wyjątkowo czysto i niesamowicie oryginalnie, starając się urozmaicić repertuar. Nie wspomnę już o oprawie muzycznej, bo nie mieści mi się to w głowie, jak szybko Brendon zmienia instrumenty i jak Panic! ogarnia wszystkie swoje, bądź co bądź, skomplikowane piosenki w tak krótkim czasie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi dane uczestniczyć w takim koncercie, bo myślę, że był on najlepszym wydarzeniem, jakie przeżyłam do tej pory w swym krótkim życiu.



2008

28 luty 2008- Berlin
Napisane przez Nesse

Czwartek, dzień wyczekiwany przeze mnie bardzo długo. Aż wreszcie nadszedł. Kilkugodzinne oczekiwanie przed halą na koncert dobiega końca. Z każdą kolejną minutą emocje wzrastają. Ciągłe wpatrywanie się w drzwi czy oby nie nadchodzi ochroniarz aby wpuścić wyczekujący tłum. Nareszcie. Po 19.30 zaczynają nas wpuszczać na halę. Zbliża się godzina zero. Ok. 20.30 na scenie pojawia się pierwszy support, duński zespół Dúné. Grają kilka piosenek ze swojej debiutanckiej płyty. Energiczne indieelektrorockowe utwory porywają publiczność. Następuje krótka przerwa na zmianą sprzętu, po niej ok. 21.20 na scenie zjawia się Black Gold. Niespodzianką było pojawienie się na scenie Brendona w trakcie jednej z piosenek. Wszedł, zrobił szum i zniknął ;p oczywiście pod ochroną Zacka ;p Zespól Erica zabawiał publiczność kolejne poł godziny. Ostatnia najdłuższa przerwa tego wieczoru. Zmaiana, podłączanie i stojenie sprzetu przez ekipę. Trwało to jakąś chwilę. Nagle gasną światła, cichnie muzyka z głośników. Na scenie pojawiają się kolejno Jon (ofc z piwkiem), Eric (no taki Ericowy był), Spencer (z pięknym uśmiechem na twarzy), Brendon (ciągłe ADHD) i Ryan (spokojny jak zawsze). Krótkie przywitanie i rozpoczynają koncert.

Setlista:
1. We're So Starving
2. Nine In The Afternoon
3. But It's Better If You Do
4. Camisado
5. The Only Difference Between Martyrdom And Suicide Is Press Coverage
6. That Green Gentlemen
7. Lying Is The Most Fun A Girl Can Have Without Taking Her Clothes Off
8. I Constantly Thank God For Esteban
9. She's A Handsome Woman
10. I Write Sins Not Tragedies
11. Build God, Then We'll Talk

Bonus:
1. Time To Dance (Acoustic)
2. Mad As Rabbits

Brendon oczywiście szalał na scenie. ADHD nie ustąpiło. Jon i Ryan często udzielali się wokalnie w piosenkach. Każdy z chłopaków (ofc oprócz Spencera) kilkakrotnie zmieniał instrumenty. Brendon rzucił w scene butelką z wodą z której pił, tłum szalał. Jon zaś rzucił ręcznikiem, w który się przed chwilą wytarł. Pisnęłam pierwsza i najgłośniej. Mój wzrok podążał za ręcznikiem, który niestety do mnie nie doleciał. Koncert był udany, chociaż krótki, zabrakło jednak coverów, tak często granych na poprzedniej trasie. Na bis nie mieliśmy szans, gdyż zespół od razu uciekł za kulisy. Istotne jest również to co działo sie po koncercie. Podczas gdy większość osób rozeszła się w swoje strony. Mała grupa pozostała, aby czekać aż Panic wyjdą z budynku do autokaru. Byliśmy porozrzucani po całym placu. w między czasie cała ekipa pakowała sprzęt. Pojawił się Zack, który zwołał nas wszystkich w jedno miejsce. Ustawili barierki za którymi mieliśmy się rozmieścić. Emocje w nas wszystkich wzrastały. Co chwilę ktoś wchodził i zchodził ze schodów, a my usilnie wypatrywaliśmy czy to nie Panic. Długo kazali nam na siebie czekać. Od zakończenie koncertu mineły 2 godziny zamim się pojawili. Emocje sięgneły zenitu. Podeszli i podpisywali się na wszystkim co im zaoferowaliśmy. Nie byłam jednak w stanie zaopatrzyć się w taką ilość podpisów jaką zamierzałam. Zdobyłm dwa egzemplarze i niestety bez Spencera ponieważ mi zwiał. Egzemplarz dodatkowy ma już swojego właściciela, a prezentuję się o tak. Ku pocieszeniu, nie mam autogfaru Spenca ale są pozdrowienia prosto od niego. Brendon został pochłonięty przez wir szalonych fanek. Ryan spokojnie wszystko podpisywał, bez pośpiechu. Flaga polska, która została zmachana w trakcie koncertu została przekazana i zajęła zaszczyte miejsce w kieszeni spodni Mr Walkera. Ciągle widziłam wzrokiem za Jonem, tak że nawet nie wiedziałam w co był ubramy, dopiero na zdjęciach to zauważyłam OMG jak on jest miły, cudowny, i ten głos i jak ślicznie powiedział 'of course' Ostatni do autokaru schował się właśnie Jon. Poganiany przez Zacka, odwrócił sie do nas wzruszył ramionami i z żalem w głosie powiedział do nas tylko 'I'm sorry guys'. Był to dla mnie jeden z najwspanielszych dni w moim skromnym życiu którego nigdy nie zapomnę Szkoda tylko, że nie mogło się tam znaleźć tyle osób ile chciało.

2 marzec 2008- Muenchen
Napisane przez Sky Panic

Chciałabym sie z wami podzielić wrażeniami z koncertu Panic w Munchen z 2 czerwca. Słowem było niesamowicie , ale zacznijmy od początku. Koncert rozpoczął sie występem Black Gold i Dune.W trakcie ostatniej piosenki Dune na scenę wskoczył Brendon i zaśpiewał refren ich piosenki- niestety nie pamiętam jej tytułu- i tak jak niespodziewanie pojawił sie na scenie tak i znikł przy odgłosie niesamowitych pisków. Sami Pnikarze pojawili sie na scenie po 22, karząc czekać nam na siebie 30 minut. Gdy już się pojawili na sali zapanował taki hałas , że trudno było usłyszeć własne myśli. Zaczęli od zagrania We're So Starving.....Nie widzę sensu podawania kolejności piosenek bo była niemal identyczna z przedstawioną na waszej stornie. Atmosfera samego koncertu była wręcz niesamowita. Na scenie pierwsze skrzypce grali Brendon i John ciągle żartując i co chwila popijając coś ze szklanych butelek- nie będę pisała co to było, zapewne większość sie domyśla, ze nie była to woda :) ku uciesze zebranych ludzi wznosząc toast po niemiecku PROST! na co wszyscy zareagowali podnosząc swoje napoje barwy bursztynu. Odnośnie samych chłopaków zacznijmy od Johna: zabawny z niego człowieczek, ciągle zagadywał Brendona co teraz zagrają np: Brendon jak myślisz, jaka piosenka powinna być teraz ?! Może zagramy coś z nowej płyty? Tłum zebranych oczywiście zachował sie bardzo, głośno jak po każdej ich wypowiedzi.Wrażenie wizualne hymm naprawdę przystojny facet z kilkudniowym zarostem. Spenc był najmniej widoczny , ale dalej bawi się w Jezusa i szczerze mówiąc jest o wiele szczuplejszy niż na zdjęciach, które ukazują sie w gazetach. Ross nie wliczając masakrycznej fryzurki- jak to moja kumpela określiła,, wygląda jakby go mama od garnuszka obcięła" jakby troszkę przytył i mimo gorąca panującego w sali na szyi miał uwiązana chustę. Zachowywał sie bardzo spokojnie, brzdąkał na gitarze od czasu do czasu robiąc dziwne miny do Brendona. Z tego co zauważyłam to interesował sie bardzo dziewczynami które stały najbliżej sceny. Uśmiech ma niesamowity. Brendon- diabełek wcielony, robiący dużo zamieszania na scenie i podkręcający całą atmosferę. Popisał sie znajomością niemieckiego krzycząc po kilku łykach stojącego u jego stóp napoju: ich liebe euch! po chwili upewniając się czy dobrze powiedział, gdy wszyscy krzyknęli tak, odpowiedział, ze nauczył się tego od taty:) i rzucił kostką w publiczność, co po chwili podłapał John i zrobił o samo. Oczywiście poleciały jeszcze ich ręczniki, o które rozegrała sie niemal mała wojna. Jednak przyznać muszę, ze głos ma fenomenalny. Słuchając Bdena na żywo, aż dech mi zaparło, czułam się jak w jakimś irracjonalnym śnie, nie przeszkadzały mi żadne krzyki i płacz dziewczyn stojących obok. Czułam się jak zahipnotyzowana. Sam koncert wydawał sie bardzo kameralny, było może około 400 osób , lecz na sali w ogóle się tego nie odczuwało, można było spokojnie stanąć pod ścianą i wsłuchiwać sie w ich muzykę. Ludzie też urzekający, wszyscy uśmiechnięci i mili. Bawili się na nim wszyscy, zarówno osoby młode jak i starsze, które przyszły jako ochroniarze nieletnich córek i synów. Słowem spełnienie marzeń moich jako fana ich twórczości i osoby kochającej muzykę. Jedynie co mi przeszkadzało w 100% cieszyć sie tym wydarzeniem to to , że rozpierająca mnie radość zakłócał pewnego rodzaju smutek i żal, że nie przyjeżdżają mimo, ze maja tu tylu fanów i podejrzewam, że na ich koncercie tutaj byłoby ich nawet więcej niż w Munchen. Przykro mi jest strasznie, że traktują nas jak fanów drugiej kategori, bo właśnie taka sie czułam będąc wśród tych, którzy mają więcej okazji by ich posłuchać.Nie mogę- niestety -pochwalić sie żadnymi zdjęciami czy nagraniem, gdyż skonfiskowali mi kamerę a aparatu nie wzięłam. Kumpela nagrała fragment ich koncertu na telefon i cyknęła zdjęcia ale są marnej jakości, jeśli dostanę ich kopie spróbuje przesłać. Jedynym dowodem na to, że tam byłam jest bilet, który mi został, a jeśli zechcecie mogę wam wysłać jego skan lub fotkę. Chyba do końca kariery jako ich fanka będę miała żal do siebie, za głupotę jaka się wykazałam nie zabierając aparatu. Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję, ze choć w małej części przybliżyłam atmosferę ich występu jeśli nie, z góry przepraszam, ale nie mam talentu literackiego. Chciałabym opisać wszystko po kolei , ale nie potrafię, myśli mi się plączą i ręce drżą jak sobie przypominam niedzielny wieczór.